Studia doktoranckie


Jak uniknąć po studiach służby wojskowej? Studia doktoranckie mogą ułatwić ucieczkę przed koszarami. Mogą też w wielu przypadkach pomóc w karierze zawodowej.

Od kilku lat na polskim rynku pracy przybywa bezrobotnych magistrów, i to nie tylko absolwentów polonistyki czy filologii białoruskiej, ale i „przyszłościowych” kierunków – zarządzania, marketingu, bankowości.

Sam dyplom magistra nie zawsze wystarczy, aby znaleźć upragnioną pracę. Spośród wielu kandydatów pracodawca wybierze tego, który wyróżnia się w inny sposób. Jednym z możliwych „wyróżników” jest tytuł doktora.

1100 miesięcznie

Studia doktoranckie prowadzi większość wyższych uczelni państwowych, placówki Polskiej Akademii Nauk i inne jednostki naukowo-badawcze. Od niedawna prawo do otwierania przewodu doktorskiego mają też niektóre szkoły prywatne – jako pierwsza mogła to robić warszawska Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego.

Uczelnia sama ustala długość trwania studiów, jednak nie może on przekroczyć 4 lat, a w szczególnie uzasadnionych przypadkach – pięciu. Studia te przedłużone mogą być o czas trwania urlopu macierzyńskiego.

Przez ten czas doktorant ma prawo do korzystania z infrastruktury uczelni – biblioteki, laboratorium, miejsca w hotelu asystenckim lub akademiku, oraz do stypendium. Jego wysokość nie może przekraczać przeciętnej stawki zasadniczego wynagrodzenia asystenta zatrudnionego na tej uczelni. Oznacza to sumę, w zależności od szkoły, około 1100-1400 złotych. Niestety, pobieranie stypendium równoznaczne jest z rezygnacją zatrudnienia na stałe w innym miejscu. Doktoranci mogą dorabiać w niepełnym wymiarze godzin, o ile zgodzi się na to rektor uczelni lub dyrektor innej placówki.

Korzystanie ze stypendium niesie ze sobą również pewne zagrożenie – relegowanie ze studiów (np. z powodu nieprzestrzegania terminów pisania rozprawy doktorskiej) oznacza konieczność zwrotu całej sumy otrzymanej podczas studiów.

Bardzo często doktoranci biorą udział w wymianach naukowych z uczelniami zagranicznymi. Mają prawo do uczestnictwa w wielu programach stypendialnych, i zdecydowana większość z nich korzysta.

Studenci lepsi i gorsi

Doktoranci studiów dziennych - mężczyźni mają prawo do odroczenia służby wojskowej na czas trwania studiów, natomiast przedstawiciele obu płci mogą kupować ulgowe bilety do muzeów państwowych. Niestety, są to jedyne dodatkowe „bonusy” osób piszących doktorat. Nie mają prawa ani do ulgowych biletów PKP czy PKS, ani do innych zniżek przysługujących studentom. Wynika to z przepisów – doktorant jest „uczestnikiem” studiów doktoranckich, a nie „studentem”. Ale zarazem obecnie trwają prace nad nowelizacją odpowiednich przepisów. Ministerstwo Edukacji Narodowej chciałoby ze studiów doktoranckich uczynić wyższy poziom regularnych studiów, dzięki czemu doktoranci mieliby takie same prawa jak mają dzisiejsi, "normalni" studenci.

Na wielu uczelniach studia doktoranckie wiążą się z koniecznością dzielenia się swoją wiedzą ze „zwykłymi” studentami. Doktoranci zobowiązani są do przeprowadzenia kilkudziesięciu godzin zajęć rocznie.

Inaczej jest na „zaocznych” studiach, prowadzonych np. w prywatnej WSPiZ – spotkania odbywają się raz w miesiącu, mają charakter seminarium. Uczestnicy nie otrzymują stypendium, co więcej, za naukę płacą (3000 złotych rocznie). Nie muszą za to „odrabiać” godzin ani rezygnować ze stałej pracy. Podobnie jest ze studiami wieczorowymi – najczęściej odbywają się co dwa tygodnie i także nie zmuszają do rezygnacji z etatu. Ale uwaga: dzienne studia chronią od wojska na mocy przepisu. Wieczorowe i zaoczne - tylko na mocy widzimisie pana komendanta. Jeśli ma wielu rekrutów, machnie ręką i odpuści. Ale gdy jest deficyt podchorążych – może i tak wystawić tzw. bilet.

Kandydaci na studia doktoranckie muszą przejść pewną procedurę kwalifikacyjną. Niezbędne jest oczywiście przedstawienie dyplomu wyższej uczelni, natomiast inne kwestia regulują same uczelnie. Zwykle jest to rozmowa, sprawdzająca merytoryczne przygotowanie kandydatów do studiów. Nabór prowadzony jest w różnych terminach, nie zawsze pokrywających się z rokiem akademickim lub kalendarzowym.

Dr Kowalski czy mgr Kowalski?

Przez kilka lat rówieśnicy ze studiów robią kariery, a doktorant żyje ze stypendium. Oni awansują, budują domy – doktoranci siedzą po bibliotekach, laboratoriach – inwestują w siebie. Tracą czas? Szanse życiowe?

Na Zachodzie sytuacja jest jasna – im lepsze wykształcenie, tym lepsza praca – ciekawsza, bardziej odpowiedzialna, wyżej płatna. A w Polsce? - Polscy pracodawcy bardzo rzadko oczekują od swoich pracowników tytułów doktorskich. Ważne jest dla nich wykształcenie wyższe, a to, że pracownik ma tytuł naukowy, jest zwykle traktowane jako jeden z dodatkowych atutów, ale na pewno nie decydujący – mówi Paweł Bojko z Job Center.

Jeszcze gorzej sytuację doktorów widzi pragnący zachować anonimowość pracownik jednej z międzynarodowych firm doradztwa personalnego – Pracodawcy, nie dość, że bardzo rzadko poszukują pracowników z tytułem doktora, to często z zasady ich nie zatrudniają – boją się, że pracownik będzie mądrzejszy od swojego szefa.

Zostańcie z nami

Na szczęście sytuacja powoli się zmienia. Pracodawcy zaczynają zauważać korzyści płynące z zatrudnienia wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Od kilku miesięcy trwa akcja „Zostańcie z nami”, zorganizowana przez tygodnik „Polityka”, skierowana do młodych naukowców. Redakcja i inne firmy fundują stypendia dla ludzi poświęcających się nauce – doktorantom oczywiście również. Stwarzają im warunki do rozwoju, wiedząc, że później zostaną oni wartościowymi pracownikami.

Może to zwiastun nowych, lepszych czasów dla doktorantów i innych osób, chcących się rozwijać naukowo, a zarazem odnosić sukcesy zawodowe?