Kariera i długie wakacje
Jak pogodzić karierę z trzymiesięcznym urlopem? Na to pytanie odpowiada Rafał Szczepanik, współzałożyciel Pracuj.pl i firmy szkoleniowej Training Partners. Przez pół roku menedżer, przez drugie pół podróżnik. Właśnie przygotowuje się do wyprawy na biegun.
- Jeśli chcesz być podróżnikiem nie idź do biznesu – powiedział mi jeszcze podczas studiów starszy kolega. Sam pracował już w dużej firmie, wydawał się wiedzieć co mówi. – Korporacja cię wchłonie. Nie dostaniesz urlopu dłuższego niż dwa tygodnie.
- Jeśli chcesz mieć pieniądze na wielkie wyprawy, idź do biznesu – powiedział mi kilka miesięcy później inny kolega. On, dla odmiany, pracował na uczelni. Poszedł tam, bo – jako zapalonego alpinistę – nęciły go trzymiesięczne wakacje. Teraz jednak narzekał, że ma czas realizować marzenia, ale nie ma za co. Fakt: żeby wejść na jakiś pięcio albo siedmiotysięcznik, potrzeba od kilku do kilkunastu tysięcy złotych na samą podróż i drugie tyle na sprzęt. To nie jest ekspedycja na każdą kieszeń, a nie każdy znajduje sponsorów.
Ja poszedłem tą pierwszą drogą: biznes. Dziś, po ośmiu latach od tamtych rozmów, stwierdzam, że firma wcale nie musi wchłonąć. Pod dwoma warunkami. Przede wszystkim trzeba wybrać właściwą firmę. Po drugie, właściwie się z nią (a raczej ze swoim szefem) ułożyć.
Czas czy pieniądz?
Jeden z młodych polskich alpinistów świeżo po studiach trafił do amerykańskiego koncernu spożywczego. Po pół roku pracy napisał do swojego szefa e-maila następującej treści: "Mam okazję dołączyć do niesamowitej ekspedycji, ale potrzebuje trzech miesięcy urlopu. Oczywiście poproszę o bezpłatny."
Szef odpisał jeszcze tego samego dnia: "Studenckie wakacje skończyły się na studiach. Myślę, że pora byś sobie odpowiedział na ważne pytanie: góry czy kariera?"
Mój kolega odpowiedział równie szybko: "Góry. Proszę o rozwiązanie umowy o pracę."
- Zwariowałeś? – spytałem go, gdy mi opowiedział o tym wydarzeniu.
- Nie – stwierdził. – W tej firmie świetnie płacą, ale jak widać na dłuższy urlop nie ma co liczyć. Poszukam innej. Jestem informatykiem, wiem że szybko coś znajdę. Tyle, że muszę podpytać, które firmy są bardziej elastyczne. One na pewno mniej płacą, ale wole zarobić trzydzieści procent mniej i mieć za to trzydzieści dni urlopu więcej.
- Trzydzieści procent to sporo. Samochód, mieszkanie…
- To kwestia priorytetów. Mogę jeździć starym fordem i mieszkać w bloku. Ale góry kocham.
Podróżując po świecie, w turystycznych hotelikach spotykam wielu Polaków. Z prowadzonych z nimi rozmów wynika, że większość jest w trakcie trzy lub czterotygodniowej podróży. A przecież nie wyglądają już na studentów. Jak dostali tak długi urlop? Nieraz przyznają, że wyjazdy kosztowały ich utratę awansu, podwyżki, albo po prostu pracy. Mimo to wyglądają na zadowolonych.
Słucham ich i podziwiam odwagę. Odrzucić dodatkowe kilkaset albo i tysiąc złotych pensji miesięcznie, by zyskać więcej wolnego – to nie jest łatwa decyzja. Jeśli jednak ktoś faktycznie marzy o długich wojażach, a miał pecha trafić na nieprzyjazną temu korporację, wybór ma tylko jeden. Zazdrościć tym, którzy się odważyli na zmianę, albo samemu coś zmienić. Nie ma złotej metody, którą można doradzić globtroterowi blokowanemu przez pracodawcę. To faktycznie kwestia priorytetów: obecna kariera czy realizacja marzeń.
Czas i (tylko minimalnie mniejszy) pieniądz
Uważam jednak, że w większości firm można znaleźć sposób na długie wakacje – nie trzeba odchodzić. Zwykle wymaga to pewnego kompromisu, ale jest on możliwy. Niedawno w Training Partners zatrudniliśmy nowego trenera. Jego pasją są wyprawy do miejsc, w których wcześniej nie było innych ludzi. Każda taka eskapada to miesiąc lub półtora. Jeżeli założymy, że celem są dwa wyjazdy rocznie, daje to trzy miesiące.
Ów szkoleniowiec zapytał mnie, czy w naszej firmie takie urlopy są możliwe. Umówiłem się z nim, że owszem, ale pod pewnym warunkiem. Może jeździć tylko poza szczytem sezonu. Ten młody człowiek specjalizuje się w treningach outdoor. Sezon na nie trwa od marca do czerwca, a potem od września do połowy listopada. W wakacje i zimą obroty spadają o połowę.
Nasza umowa jest prosta: zgadzam się na długie urlopy gdy jest mniej zleceń, ale wiosną i latem oczekuję dyspozycyjności także po godzinach i w soboty. Obie strony to akceptują i – co ciekawe – obie całkiem nieźle na tym wychodzą. Ja – bo w martwym sezonie nie ponoszę kosztów utrzymywania pracownika (po wyczerpaniu płatnego urlopu pracownik korzysta z bezpłatnego). Trener – bo bierze bezpłatny urlop wtedy, gdy i tak zarobiłby niewiele (mała liczba szkoleń oznacza niskie honoraria). Lepiej opłaca mu się wziąć wolne w styczniu niż maju.
Zawody obarczone wysoką sezonowością to przekleństwo wielu osób, które w dobrych miesiącach się przepracowują, a w słabych nudzą. Jednak dla globtroterów ten problem to wielka szansa. Zarobić na podróż w szczycie sezonu i wyjechać w martwym okresie.
Pracownik jednej z firm organizujących wesela opowiadał mi, że jego miesięczne urlopy w styczniu (wesela to biznes wyjątkowo sezonowy) cieszą jego współpracowników. Wynagrodzenia w tej firmie są zależne od ilości imprez, które się organizuje. Dlatego, gdy przyjdzie posucha, każdy szuka zleceń gdzie się da. Ktoś, kto mówi "ja idę na urlop, bierzcie moje kontrakty" jest więc bardzo lubiany.
Sezonowość to jeden patent na pogodzenie urlopów i pracy. Innym sposobem jest dogadanie się z kolegami: przez jeden miesiąc bierzecie za mnie nadgodziny, przez drugi ja biorę za was.
Jednak najlepiej pracować tak, by szef nie wyobrażał sobie działania firmy bez nas. Jeżeli będzie przekonany, że jesteśmy niezastąpieni, łatwiej strawi żądania urlopu. Ale zanim poprosimy o miesięczną przerwę, musimy przez rok czy dwa na dobrą opinię pracować.
Gdy szefa nie ma, ludzie... pracują
Stare przysłowie mówi: o jakości szefa świadczy to, jak pracuje jego ludzie, gdy on sam jest na urlopie. W pełni się z tym zgadzam. Jednak, by zespół dobrze pracował bez "opieki", trzeba przez 2-3 lata w niego inwestować. Jeśli więc miłośnik podróży zostaje kierownikiem, powinien z jednej strony zmartwić się, a z drugiej ucieszyć. Zmartwić: bo prawdopodobnie na jakiś czas będzie trzeba przerwać długie wojaże (chyba że przejmujemy znakomity zespół po kimś, ale to rzadkość). Ucieszyć: bo awans to zwykle podwyżka, a globtroterom ciągle brakuje pieniędzy na realizacje swoich pasji.
Ja w takiej sytuacji znalazłem się dwukrotnie. Zarówno w Pracuj.pl, jak i Training Partners wiedziałem jedno: albo zbuduję sobie znakomity zespół, albo każde dłuższe wakacje będę przerywał telefonami do firmy.
Pierwszym krokiem jest poszukiwanie swojego zastępcy. To na jego barkach spoczywać będzie cały dział podczas mojej nieobecności. W Pracuj.pl zaczynałem od zera: musiałem taką osobę zatrudnić. Pamiętam, że przeanalizowałem blisko dwieście aplikacji, przeprowadziłem dziesiątki rozmów. Poprzeczka była wysoko: nie szukałem po prostu zwykłego specjalisty, szukałem osoby samodzielnej, decyzyjnej, a do tego takiej, której będę ufał. I to wszystko w ramach niskiego budżetu, który dostałem na stworzenie stanowiska.
Odrzucałem więc kandydatów jednego za drugim. Ten niezorganizowany – nie da rady zaplanować całego miesiąca. Tamten niedecyzyjny – pierwsza nietypowa sytuacja go załatwi. Kolejny bardzo kompetentny, ale sprawia wrażenie cwaniaka. Nie zaufam mu, będę się bał zostawić go samego. Poszukiwania trwały i trwały, ale wiedziałem że stawka jest wysoka: gram nie tylko o dobro biznesu, ale i swoje wakacje.
Gdy taka osoba już jest, pojawia się kolejne wyzwanie: jak ją przygotować do samodzielnego kierowania zespołem i projektami, które normalnie są moją odpowiedzialnością? Coaching musi stać się codziennym obowiązkiem. Wspólne planowanie, wyjazdy na spotkania, pisanie ofert. Delegowanie coraz większej odpowiedzialności i coraz ambitniejszych zadań. Akceptowanie, że taki ktoś popełni sporo błędów – a my za nie zapłacimy. I coraz częstsze używanie zdania "sam zdecyduj, zrób jak uważasz". Dwa, trzy lata takiej pracy dadzą rezultat – jeśli wybraliśmy na swojego zastępcę właściwą osobę.
Ale ważni są także pozostali członkowie zespołu. Szkolić ich, szkolić ile sił. Im bardziej będą kompetentni, tym łatwiej zarząd przełknie moją prośbę o miesiąc urlopu. "Poradzą sobie, potrafią tyle co ja" – będę mógł stwierdzić z czystym sumieniem.
Czas, który poświęcam na prowadzenie szkoleń dla swojego zespołu, idzie w setki godzin rocznie. Znajomi menedżerowie pukają się w czoło. Ale to oni podczas urlopu noszą włączona komórkę. A ja dziś mogę spokojnie pąkować plecak na miesięczną podróż na biegun. Rzecz jasna dla bezpieczeństwa biorę telefon satelitarny. Ale nikt w firmie nie będzie znał jego numeru.
Rafał Szczepanik jest trenerem i członkiem zarządu w firmie szkoleniowej Training Partners. Wcześniej był wiceprezesem Pracuj.pl. Jest też alpinistą i instruktorem wspinaczki.
W kwietniu wyrusza na swoja kolejną wyprawę. Tym razem chce dojść na nartach na Biegun Północny. Ekspedycji patronuje Pracuj.pl.
Więcej o wyprawie na stronach: www.wyprawy.onet.pl i www.rafalszczepanik.pl.
Partnerzy wyprawy:
| |
| |
| |
![]() |


