Dyrektor wydziału operacyjnego domu maklerskiego
- Odpowiadam za pracę całego wydziału operacyjnego, a poza tym obsługuję swoich własnych klientów – mówi Marek Pokrywko z Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska.
Nie można pływać
Marek Pokrywka jest dyrektorem wydziału operacyjnego Domu Maklerskiego BOŚ i maklerem papierów wartościowych. W branży tej pracuje od dziewięciu lat: - Liczyłem, że warszawska giełda będzie się rozwijać, stanie się miejscem, gdzie notowane będą największe polskie spółki i pojawią się papiery koncernów międzynarodowych. Niestety, w ostatnich latach giełda nie rozwijała się – duże spółki na nią raczej nie wchodziły, a wiele ciekawych było wycofywanych.
Wiele spółek o dużej nawet kapitalizacji ma niski free float, czyli niewielka liczba ich akcji znajduje się w obrocie. Z tego powodu nawet stosunkowo małe zlecenia wpływają na kurs. – Marzy się sytuacja, że będzie można robić jednorazowe operację na miliony złotych bez wpływu na zmianę kursu. Takich spółek jest niestety na GPW niewiele – mówi Marek Pokrywka – Wprawdzie mają się pojawić na GPW akcje PKO BP czy PZU, ale to wciąż może być za mało. W zeszłym roku na parkiecie zadebiutował pierwszy bank zagraniczny – austriacki BACA. Może to pierwsza jaskółka, która jest zwiastunem czegoś nowego?
Zawód maklera na świecie kojarzy się z gigantycznymi operacjami i wysokimi zarobkami. Ale nie jest do końca prawda w naszym kraju. – W połowie lat 90-ych w Polsce było około 40 biur maklerskich. Teraz została ich połowa – mówi Marek Pokrywka – To efekt stagnacji na giełdzie i kurczenia się rynku. GPW działa w pewnym sensie jak „sklep”. Jeśli nie ma towaru (akcji), to nie ma handlu. A kiedy nie ma handlu, nie ma prowizji.
Makler nie może podejmować decyzji za klienta, jaką spółkę warto kupować lub sprzedawać. To przywilej doradcy inwestycyjnego. Ale może rekomendować spółki na podstawie analiz przygotowywanych przez dom maklerski, w którym pracuje. – Nie oznacza to jednak, że praca maklera pozbawiona jest odpowiedzialności – twierdzi Marek Pokrywka – nie dość, że powinien przekazywać klientom ogólne prognozy dotyczące rynku, to jeszcze on jest tą osobą, która przeprowadza operacje. Jedno naciśnięcie klawisza i mogą polecieć miliony. Jak się palec przesunie, to zamiast kupić za kilka milionów, można sprzedać. I nie pomogą tłumaczenia, że „chciałem kupić”. To jak w pokerze – karta-stół. Oczywiście są procedury, które umożliwiają wycofanie się z błędnej transakcji, ale może to być bardzo kosztowne. Bo np. sprzedało się akcje po 4 złote sztuka, a odkupić trzeba po 5 zł za sztukę.
Praca maklera wymaga poznania nie tylko makroekonomii, mikroekonomii, inżynierii finansowej, analizy fundamentalnej, itd., ale też matematyki, prawa, a nawet psychologii. Na giełdzie inwestują ludzie, którzy ulegają emocjom (w końcu tu są pieniądze, tu się traci i zarabia), działają czasem nieracjonalnie – a to ma wpływ na wydarzenia na parkiecie – opowiada Marek Pokrywka – To zawód bardzo „edukacyjny”. W każde zagadnienie trzeba mocno się mocno wgryźć, nie można „pływać” po temacie. Tutaj każde potknięcie jest od razu widoczne. Na giełdzie następuje brutalna weryfikacja znajomości funkcjonowania rynku kapitałowego.
- Mimo wszystko praca maklera jest bardzo ciekawa – uważa Marek Pokrywka – obserwacje, kiedy pojawia się kapitał, skąd się wziął, w jakie papiery inwestuje i dlaczego się wycofuje (i gdzie), jaki to ma wpływ na całą gospodarkę i politykę i odwrotnie – to bardzo wciągające. Ale i czasochłonne. Giełda rusza o 9.00, więc dzień roboczy zaczynamy z godzinę wcześniej, aby się dobrze przygotować. Przeglądamy analizy, wiadomości z innych giełd, konsultujemy z klientami zaplanowane transakcje. Giełda ostatecznie zamyka się o 16.40 i wtedy zaczyna się podsumowanie dnia, rozliczenia, spłaty kredytów, itp. W sumie w pracy spędzamy około 10 godzin.
