Moja praca w Unii
- Musi pan podpisać umowę o pracę, wybrać zasady płacenia podatków, odwiedzić urząd meldunkowy i skarbowy, założyć konto bankowe i wybrać lekarza - to możesz usłyszeć przed rozpoczęciem pracy w UE.
- Czy ma pan broń? A narkotyki? – spytał mnie celnik na przystani promowej w Kopenhadze, prawdopodobnie zasugerowawszy się rozmiarami mojego plecaka (2003 rok - przyp. red.). Gdy wytłumaczyłem mu, że bagaż jest duży, bo przyjechałem tu na rok do pracy, złagodził ton. Spojrzał na wizę i spytał: - Czy ma pan już adres stałego zamieszkania?
Na szczęście miałem. - To dobrze – skomentował - W takim razie w ciągu tygodnia musi pan jeszcze podpisać umowę o pracę, wybrać zasady płacenia podatków, odwiedzić urząd meldunkowy i skarbowy, założyć konto bankowe i wybrać lekarza rodzinnego. Radzę też dentystę.
Tylko skąd ja mam wiedzieć, który dentysta w Kopenhadze dobrze leczy???
Wyjazd do pracy za granicę - niekoniecznie zresztą do Unii – to sporo przygotowań. Po pierwsze, wszystkie formalności: wiza, pozwolenie na prace, kopie wszystkich dokumentów, które mogą być potrzebne na miejscu.
Po drugie zdrowie: czy na miejscu będziesz mieć dostęp do leków, z których korzystasz w Polsce? Czy nazywają się tak samo, czy są tam w ogóle dostępne, czy wymagają recepty? I – czy kupisz je równi tanio (w Polsce mogą być dofinansowywane przez państwo i kosztują 5 zł, tam gdzie jedziesz dotowane nie są i koszt może wynieść 50 USD)? Czy kuracja, którą właśnie odbywasz, może być kontynuowana za granicą? Czy zabrałeś ze sobą kartę od dentysty – by twój nowy stomatolog wiedział, jak leczono cię wcześniej?
Po trzecie, przygotowania „międzykulturowe”: czy wiesz co to jest szok kulturowy (przechodzi go 55% osób pracujących za granicą) i jak sobie z nim radzić. Czy przeczytałeś co nieco o kulturze kraju, do którego jedziesz? Czy masz wiedzę, która będzie ci potrzebna w pracy – a którą możesz zdobyć jeszcze w Polsce (warto: pokażesz nowemu pracodawcy swoją motywację i profesjonalizm).
I wreszcie mieszkanie: czy przed wyjazdem zdołałeś wynająć na miejscu mieszkanie, choćby na pierwszy miesiąc? Na miejscu może być trudno. Po pół roku pobytu w Kopenhadze musiałem zmienić mieszkanie. Poszukiwania nowego, względnie taniego (2000 zł czynszu miesięcznie to niedrogo w stolicy kraju należącego do UE) zajęły mi miesiąc. Gdybym miał to robić zaraz po przyjeździe, nie znając miasta, pewnie trafiłbym na coś drogiego i fatalnie skomunikowanego z centrum. Dlatego lepiej poszukać jeszcze przed wyjazdem: bez stresu, bez walizek w rękach. Internet daje takie możliwości.
Te wszystkie starania mogą odstraszyć niektórych. I dobrze. Wyjazd do pracy za granicę to nie piknik za miastem, tylko inwestycja w siebie. Trzeba odrobiny wysiłku, determinacji, zorganizowania i sprytu, by poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Przygotowania to pierwszy chrzest – kto go przejdzie, jest odporniejszy.
Ale potem zaczynają się konfitury. Po pierwsze radość i satysfakcja, że się udało. Że potrafię samodzielnie żyć, mieszkać i utrzymywać się w obcym kraju. Że – choć nie znam lokalnego języka, bez problemu radzę sobie znając tylko angielski. I że po godzinach pracy mogę się czuć jak turysta na wakacjach za granicą, choć nie płacę prowizji pobieranej przez biuro podroży.
Po drugie, praca i nauka. Niezależnie od tego, jak ambitne (lub mało ambitne) obowiązki przydzieli nam pracodawca, uczyć się możemy do woli. Np. niektóre praktyki studenckie w agendach Unii Europejskiej polegają na tym, że studenci są sekretarzami podczas spotkań unijnych notabli. Niby proste „klepanie w klawiaturę”. Ale jeśli spojrzymy na to inaczej – to jedyna szansa, by student mógł obserwować przebieg spotkań europejskich urzędników, poznawać wewnętrzne procedury, sposób myślenia eurokratów. Jeśli za kilka lat sam będzie uczestnikiem takich spotkań, będzie do nich przygotowany jak nikt inny.
A po powrocie do Polski będzie mógł powiedzieć: nie dość, że przeżyłem przygodę życia, to jeszcze znacznie podniosłem swoją wartość na rynku pracy.
