Oceń swoją pensję
Wynagrodzenie netto przelewane na nasze konto to rzadko tyle, ile naprawdę mamy co miesiąc do wydania na nasze potrzeby. Pobory topnieją szybko, jeśli trzeba używać własnego samochodu albo dalej się kształcić.
Wysoka pensja to marzenie każdego pracownika niezależnie od wieku, stażu pracy, wykonywanego zawodu i miejsca pracy. Ma ona nie tylko pozwolić realizować marzenia, ale często dać poczucie własnej wartości i niezależności. Czy jednak kwota zapisana w umowie z pracodawcą to naprawdę tyle, ile zarabiamy?
Wynagrodzenie, które jest zapisane w umowie statystycznego Kowalskiego, to kwota brutto. Zależnie od typu umowy, jaką zawarł on z pracodawcą, na konto otrzymuje co najwyżej dwie trzecie jej wysokości. Jeśli jest to typowa umowa o pracę i podczas rozmowy kwalifikacyjnej Kowalski wynegocjował wynagrodzenie w wysokości np. 2500 zł, to co miesiąc otrzyma tylko 68,36 % tej kwoty, czyli 1709 zł. Czy to dużo? A jeśli jego kolega Nowak zarabia brutto 1500 zł, czyli realnie 1025,1 zł, to czy jest to powód dla Kowalskiego, by mieć lepsze samopoczucie?
Po pierwsze, to zależy, jak daleko od domu Kowalskiego mieści się jego firma oraz czym do niej dojeżdża. Jeśli jest to np. 25 km (czyli miesięcznie w obie strony 25 km x 2 x 20 dni = 1000 km), a nasz bohater z powodu braku dobrej sieci komunikacji publicznej musi używać samochodu, to jego comiesięczne 1709 zł szybko stopnieje o kilkaset złotych.
Dojechać do pracy
Załóżmy, że Kowalski miał już wcześniej samochód wartości 15000 zł (np. Fiat Punto) i będzie go używał prawie wyłącznie do wyjazdów do pracy, to miesięczne wydatki na ten cel będą się składać z:
- kosztów paliwa – przy spalaniu 6,5 litra benzyny na 100 km wynoszą one: 6,5 litra x 1000 / 100 = 65 litrów na cały dystans, a więc 65 litrów x 3,2 zł = 208 zł,
- kosztów ubezpieczenia rocznego, podzielonego na 12 miesięcy, a więc jeśli Kowalski ma już po np. 20% zniżek na AC i OC, to za swoje Punto zapłaci około 1320 zł na rok, co daje 110 zł na miesiąc,
- kosztów przeglądów i napraw - jeśli jest to samochód kilkuletni, można przyjąć, że będzie to 100-150 zł na miesiąc,
- utraty wartości, która przy kilkuletnim aucie może wynieść około 10% wartości rocznie, czyli w przypadku Fiata Kowalskiego 1500 zł, a więc 125 zł miesięcznie.
W sumie Kowalski wydaje na dojazd do pracy około 543-593 zł miesięcznie, a więc do dyspozycji nie ma już 1709 zł, ale niewiele ponad 1100. Jeśli Kowalski nie miałby wcześniej samochodu, to musiałby doliczyć do kosztów dojazdu ratę kredytu na jego zakup – np. 500 zł co miesiąc (auto spłacałby przez około 4 lata). Jego pensja byłaby wówczas na poziomie 600 zł na rękę! Oczywiście Kowalski będzie w dużo lepszej sytuacji, gdy może się poruszać komunikacją miejską. Wówczas koszty biletu miesięcznego to około 100 zł, a więc pozostanie mu 1600 zł.
Znawcy rynku pracy przyznają, że wysokie bezrobocie zmusza do nieracjonalnych zachowań i dojazd do firmy zżera często lwią część wynagrodzenia. – Mam znajomą, która dojeżdża z Olkusza do Krakowa – opowiada doradca personalny z jednego z krakowskich biur doradczych.
– Większość pensji wydaje na przejazd samochodem ojca emeryta, bo brakłoby jej pieniędzy na spłacanie rat za swój pojazd. Czyli w praktyce rodzina koleżanki dotuje jej pracodawcę. Często w jeszcze trudniejszej sytuacji są osoby zdecydowane pracować bardzo daleko od miejsca zamieszkania, np. w stolicy. Koszt wynajęcia mieszkania i cotygodniowe dojazdy do domu pochłaniają nieraz całą pensję. A to wszystko po to, by nie wypaść z rynku pracy – dodaje po chwili doradca.
Zadbać o wygląd
Po drugie, jeśli Kowalski pracuje np. w firmie handlowej i ma kontakt z klientami, musi dobrze wyglądać. – Ubranie to też inwestycja i to czasami całkiem spora – przekonuje doradca personalny. – Wszystko zależy oczywiście od zajmowanego stanowiska, gustu oraz wymagań pracodawcy, ale im bardziej prestiżowa firma, tym powinno być ono w lepszym gatunku.
Można przyjąć, że w każdym roku swojej pracy Kowalski wydaje 1800 zł na nowy garnitur, marynarkę lub spodnie, buty, koszulę, krawaty, dobry zapach. Te rzeczy używa prawie wyłącznie do pracy. Na przyjęcia w gronie znajomych chodzi w dżinsach. Miesięcznie daje to 150 zł, których nie musiałby wydać, gdyby wykonywał zadania w domu albo miał całkiem inny zawód.
Po trzecie, Kowalski musi się uczyć. Skończył studia w renomowanej uczelni, ale wciąż wymaga się od niego, aby doskonalił swoje kwalifikacje. Dobrze, jeśli jest to tylko kurs języka obcego, który kosztuje 1500 zł rocznie (a więc 125 zł miesięcznie). Gorzej, jeśli Kowalski zapisał się na studia podyplomowe. Średni koszt takiej inwestycji to 3600 zł, co powoduje comiesięczny wydatek rzędu 300 zł.
A może zostać w sklepie?
Ile więc w każdy miesiącu Kowalski może przeznaczyć na swoje potrzeby, inne niż praca zawodowa? Jeśli zarabia 2500 zł brutto, dostaje 1709 zł na rękę, dojeżdża autem do pracy za około 600 zł, ubiera się za 150, na dalszą naukę wydaje 300. Po odjęciu tych wydatków zostanie mu około 650 zł. A Nowak? Ma wykształcenie średnie, pracuje w sklepie kilkaset metrów od domu, do pracy nosi dżinsy, a o dalszej nauce nie chciałby już słyszeć. Z 1500 zł brutto ma na czysto ponad 1000 zł. Pracuje 8 godzin, a Kowalski z dojazdami ponad 10. Weekendy ma wolne, a Kowalski jedzie na studia.
– To, że ktoś na papierze dobrze zarabia, nie świadczy, że może sobie na więcej pozwolić. Oczywiście często duże wydatki poniesione na początki drogi zawodowej zwracają się w późniejszym czasie – komentuje wyliczenia doradca personalny z Krakowa. Kowalski łatwiej znajdzie nową pracę, dostanie awans albo podwyżkę. Ma też zapewne ciekawszą pracę, choć być może pracuje dłużej, niż jego kolega Nowak.
– Dobrze jest przeliczyć, ile tak naprawdę zostaje nam pieniędzy po wydanie tego, co niezbędne, by pracować w tej właśnie firmie – radzi. – Nawet jeśli wynik wyjdzie niezbyt zachęcający albo ujemny, nie warto podejmować nerwowych ruchów. Należy sobie odpowiedzieć na pytanie: czy to zwróci się w przyszłości i kiedy to nastąpi. A dobra inwestycja w swój rozwój zawodowy zwróci się na pewno.
