I jak tu coś zarobić...
Kiedy zostaje się bez pracy, pojawia się podstawowy problem: skąd wziąć pieniądze. Szczęśliwy, kto ma oszczędności lub ma co sprzedać. Pozostali kombinują, byle tylko zdobić parę złotych.
"Pierwsze, co zrobiłem, jak zostałem bez pracy, to sprzedałem pół szafy i książki" - mówi Robert, który stałego dopływu gotówki nie ma od miesięcy. Obszedł antykwariaty w dwóch miastach, każdy coś wziął, ale nie wszystkie książki mu zeszły. Łącznie zdobył tak 300 zł. "Antykwariaty to raczej pomysł na to, co zrobić, żeby nie wyrzucać książek na makulaturę. Lepiej je wystawić na Allegro" - radzi. Przy okazji remanentu majątkowego dowiedział się, że ma w swojej kolekcji książkę, która miała w Polsce tylko jedno wydanie. "Ktoś Człowieka jednowymiarowego Marcuse’a wystawił na aukcji za trzy stówy. Wiadomo, nikt go nie kupił, ale ja swojego zostawiłem na półce. Jest moim zabezpieczeniem na czarną godzinę, obok złotych obrączek babci" - próbuje żartować.
Sprzedaż ciuchów też kokosów nie zapewni, lecz jak głosi przysłowie: ziarnko do ziarnka… Tajemnicą poliszynela jest, że dziewczyny przeczesują szmateksy w poszukiwaniu okazji, a część łupów wystawiają na aukcjach, oczywiście drożej. Markowe ubrania, zwłaszcza te nienoszone, z metkami znajdują nabywców. Czasem opłaca się wyłożyć więcej za coś ze sklepowej wyprzedaży, jeśli jest szansa, że uda się to korzystnie sprzedać. Kto ma smykałkę do handlu, może podreperować swój budżet. Na forach internetowych użytkownicy radzą na przykład, by zainteresować się pobliskimi hurtowniami. Nylon1 twierdzi, że damskie T-shirty kupuje po 15 zł, a schodzą mu po 40. "Znam kolesia, który poszedł do hurtowni, wykupił parę cyfrówek, a teraz miesięcznie doi 3 tysiące" - pisze, a inni już liczą w wyobraźni zarobione w ten sposób tysiące.
Czas zakasać rękawy
Kto ma fach w ręku, zawsze da sobie radę - mówiło starsze pokolenie. I coś w tym jest. Fryzjerka ostrzyże w domu sąsiadki, elektryk naprawi awarię, komputerowiec wskrzesi zużytego peceta. Rzecz w tym, że to tylko cukierek na osłodę. Mało kto ma przecież w gronie znajomych tylu chętnych na swoje usługi, by zapewnić sobie stały dopływ gotówki. Dodajmy jeszcze: dyskretnych znajomych, bo mówimy tu przecież o szarej strefie. Niektórzy jednak, nie bacząc na ryzyko, robią, co się da: mniej lub bardziej poważne remonty, zimą odśnieżanie, latem koszenie trawników, cięcie żywopłotów czy kopanie ogródka. Prace sezonowe zresztą zawsze dawały szansę na dorobienie. Zbieranie truskawek czy jabłek w sadach to od lat znany sposób na parę złotych, bo rolnicy nie wysyłają informacji o zbieraczach do urzędów. Zarobić można też w Święto Zmarłych, sprzedając pod cmentarzem znicze i wiązanki. Okazją są wszelkie imprezy okolicznościowe. O farcie mogą mówić ci, którym uda się wkręcić do obsługi wesel. Nowożeńcy liczą się ze zwiększonymi wydatkami, więc kierowca wynajmowanego samochodu czy kelner na przyjęciu nie powinien narzekać.
Powszechnie wiadomo, że kobiety dorabiają dzięki opiece nad dziećmi albo sprzątaniu mieszkań. Zwykle to prace z polecenia, bo nikt nie powierzy dziecka albo domu obcej osobie. Zarobki? Niania na stałe dostanie tysiąc złotych i więcej, w zależności od obowiązków.
Dochodzą jeszcze powszechnie znane sposoby: rozdawanie ulotek, słynne składanie długopisów, udział w badaniach marketingowych, a dla uzdolnionych artystycznie - malowanie kubków i wstawianie ich do sklepów. I tysiąc innych. Ostatnio mówi się o pieniądzach, które można zarobić w Internecie. Robert, który na swojej stronie zamieszczał banery komercyjne, jednak sprowadza na ziemię. "Trzeba mieć naprawdę olbrzymią liczbę wejść, żeby czerpać z tego zyski. Firmy płacą od kliknięcia albo jak w przypadku banku od wypełnienia formularza zgłoszeniowego. U mnie w ciągu roku formularz wypełniła jedna osoba" - mówi. No właśnie. Bo choć pomysłów jest wiele, nie wszystkie poprawią naszą sytuację. Wszystkie za to rozbijają się o jedną sprawę: legalności.
Będąc bezrobotnym zarejestrowanym w urzędzie pracy nie można zarobić ani złotówki. Gdy pieniędzy nie wystarcza, zaczyna się kombinowanie. "Biorę zlecenia, ale formalnie mam status bezrobotnego. Nie wyrejestrowałem się, bo zależy mi na opiece lekarskiej" - wyznaje Robert. "Jestem zarejestrowany w urzędzie pracy w Warszawie, z fiskusem będę rozliczał się na Śląsku. Liczę, że mają bałagan i się nie dopatrzą" - stwierdza wprost. Inni dogadują się z kimś, kto ma firmę, i to na nią idą wszelkie umowy. Jeszcze inni, chociaż nie figurują w urzędowym spisie bezrobotnych, po prostu nie zamierzają się rozliczać ze skarbówką. Podejmują się określonych zadań bez umów, po cichu. I szara strefa kwitnie.
"O tym, że ludzie wymieniają się usługami typu: ktoś popilnuje dziecka, a ten w zamian naprawia komputer i wszystko jest cacy, czyta się w mediach. Tylko że za prawdziwe rachunki trzeba płacić. Przecież nie powiem elektrowni, że odpracuję u nich rachunek za prąd" - tłumaczy Robert.
Mały dochód nie rozwiąże problemów
Właśnie dlatego potrzebne są oszczędności. Doradcy finansowi jak mantrę powtarzają, że musimy je zbierać, kiedy mamy stałe źródło dochodu i żadnych czarnych chmur nad głową. "Jeśli szukanie pracy zajmuje 4-6 miesięcy, powinniśmy zebrać tyle, żeby udało nam się przetrwać co najmniej ten okres" - radzi Paweł Majtkowski z Expandera. Jeśli je mamy, a sami znaleźliśmy się w podbramkowej sytuacji, nie powinniśmy próbować szybko ich pomnożyć, ryzykując jednak ich utratę. "Stanowczo odradzam inwestowanie ich w agresywne instrumenty finansowe - w giełdę czy w fundusze z dużym udziałem akcji, a nawet w fundusze zrównoważone. W takim momencie życia najlepsza jest lokata bankowa albo konto oszczędnościowe. Chodzi o to, żeby te pieniądze były na wyciągnięcie ręki, abyśmy nie musieli się zadłużać" - podkreśla Majtkowski. Podpowiada też, by przyjrzeć się swojemu majątkowi. Być może mieszkanie albo garaż można wynająć, a samochód sprzedać.
Monika na wskazówki, jak postępować, by po stracie pracy nie popaść w długi, patrzy sceptycznie. Niby prawda, ale… Straciła pracę z końcem stycznia ubiegłego roku. Z miejsca włączyła plan oszczędnościowy i wertowała ogłoszenia. Przyparta do muru wzięła, co się trafiło. Za miesiąc jeżdżenia w charakterze handlowca dostała 300 zł, w drugim miejscu za 3/4 etatu na kasie dostała do ręki 1000 zł. "Przerobiłam wszystko. Ograniczyłam potrzeby do minimum, liczyłam każdy grosz, ale i tak wszystko, co udało mi się wcześniej odłożyć, topniało w oczach. Sprzedałam samochód, a było to jedyne, co wyniosłam z małżeństwa po rozwodzie. Kiedy się nie ma swojego mieszkania, a rodzina nie ma warunków, aby zapewnić w tym czasie dach nad głową, naprawdę widać dno" - mówi. Dziś pracuje jako opiekunka do dziecka w Paryżu. Stać ją, by się utrzymać i z zagranicy spłacać polskie kredyty. O powrocie nie myśli, bo wreszcie znalazła lek na swoje kłopoty: stosunkowo dobrze płatną pracę. Teraz ma tylko jedną nadzieję. Że za jakiś czas zostanie zatrudniona legalnie i będzie mogła wyjść z cienia.
