Droga do profesury nie jest ani prosta, ani krótka. Słyszy się co prawda czasem o profesorze czterdziestoletnim, ale są to wyjątki. Aby nim zostać, trzeba poświęcić swe życie pracy naukowej. Niemożliwe jest, przynajmniej teoretycznie, łączenie kariery zawodowej np. w biznesie z karierą naukową. Trzeba coś wybrać.
Sytuacja finansowa polskiej nauki nie zachęca do wiązania się z nią. Wybijający się student, któremu promotor zaproponuje posadę asystencką na wyższej uczelni, spodziewać się może w najlepszym wypadku wynagrodzenia w wysokości do 2 tysięcy złotych. Zwykle jednak pierwsza płaca mieści się między 1200 a 1500 zł przez pierwsze kilka lat samodzielnego życia. W czasie, kiedy myśli się o zakładaniu rodziny, kupnie (wynajęciu?) mieszkania, samochodzie, o korzystaniu z uroków młodości...
A w przyszłości? Profesor w państwowej szkole wyższej, po kilkudziesięciu latach pracy, może liczyć na mniej więcej 4 tysiące złotych.
W innej sytuacji są nauczyciele wykładający w prywatnych szkołach, lecz tych wbrew pozorom nie jest zbyt dużo, a przede wszystkim nie obejmują wszystkich dziedzin naukowych. Zatrudnienie w nich mogą znaleźć ekonomiści, finansiści, psycholodzy czy socjologowie, natomiast na zbyt wiele nie mogą liczyć naukowcy związani z medycyną, chemią czy archeologią.
Oprócz tego, jak dotąd to państwowe uczelnie (i instytuty badawcze) umożliwiają prawdziwy rozwój naukowy. To w tych placówkach znajdują się bogate biblioteki, wyposażone często w najnowocześniejszy sprzęt pracownie i laboratoria. Wyjątki, takie jak Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Koźmińskiego, można liczyć na palcach jednej ręki.
Sytuacja na rynku pracy naukowców sprawia, że coraz mniej osób wybiera „nierynkowe” kierunki. Są jednak ludzie, dla których standard życia jest mniej istotny niż realizowanie własnych celów, zaspokajanie własnych zainteresowań. A że nie będzie ich stać na willę i wczasy na Dominikanie? Nie szkodzi, mogą nawet nigdzie nie wyjeżdżać, a za to przez cały rok, a nie tylko przez dwa czy trzy tygodnie urlopu, być sobą, robić to, co lubią...
Zwłaszcza, że osiągnięcie pewnej pozycji w środowisku naukowym oznaczać może również podwyższenie poziomu życia. Udział w międzynarodowych konferencjach, stypendia zagraniczne, granty: to wszystko powoduje, że kariera naukowa może być ciekawsza niż praca w jakiejś firmie. A często jest bardziej samodzielna.
W pracy naukowej, jak w każdej innej dziedzinie, są mniej i bardziej „przyszłościowe” sektory. W ostatnim czasie bardzo popularna stała się specjalizacja biotechnologiczna. Zagadnienia związane z badaniem ludzkiego genomu, klonowaniem – to ostatnio tematy „na topie”. Ale przedstawiciele wszystkich dziedzin naukowych mają swoje „działki”, na których jest jeszcze wiele rzeczy do odkrycia lub zbadania, a więc ciągle są szanse na sukces – sławę, prestiż, autorytet, a nawet pieniądze.
Mimo generalnie słabej kondycji finansowej polskiej nauki, wielu Polaków odnosi sukcesy na tym polu. I to nie tylko ci, którzy wzrastali w poprzednim, nierynkowym systemie, a teraz tylko czerpią korzyści ze swojego wykształcenia, dorabiając w kilku prywatnych uczelniach równocześnie. Sukcesy naukowe odnoszą również ci, którzy wiedzieli, w co się „pakują”, którzy świadomie podjęli ryzyko i poświęcili się nauce. I nie chodzi tu o osoby, które w ciągu kilku lat zdobyły światową sławę – takich jest niewiele. Jednak są tacy, którzy zajmują się tym, co lubią, rozwijają się, nie narzekają i są zadowoleni ze swojego życia, pracy…
--------------------------------------------------------------------------------
28-letni Tomasz Mikulski jest asystentem w Zakładzie Fizjologii Stosowanej Centrum Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej Polskiej Akademii Nauk:
Ostatnio prowadzę badania wpływu posiłków na reakcje organizmu na wysiłek. Sam dużo jeżdżę na rowerze, więc temat jest mi szczególnie bliski.
Z nauką postanowiłem związać się już w czasie studiów medycznych. Stwierdziłem, że praca naukowa jest ciekawsza od tej w szpitalu. Wolałem trafić na niezbadany jeszcze grunt, a nie powielać utarte schematy. Moje ulubione powiedzenie to: chodzenie po bagnach wciąga.
W swojej pracy cenię niezależność. Jako zespół wybieramy oczywiście wspólny temat badań, ale już szczegóły, metodologię, sposób ich prowadzenia – każdy ustala samodzielnie. Teoretycznie pracuję 8 godzin dziennie, ale czas pracy jest tak naprawdę nienormowany. Jak mam coś do napisania – mogę to robić w domu; jak przeprowadzam eksperymenty – sam decyduję, czy rano czy wieczorem. Poza tym, do moich „obowiązków” należy napisanie doktoratu – mam na to jeszcze około 2 lat, a przecież nikt nie sprawdza, kiedy i jak szybko go piszę.
Moja praca jest nie tylko ciekawa, ale, co może wydać się dziwne, lepiej płatna niż ta, na którą mógłbym liczyć pracując w służbie zdrowia. Jednak wybierając taką pracę, wykluczyłem możliwość prowadzenia własnej praktyki lekarskiej, najprostszej drogi do sukcesu finansowego. Prawda jest taka, że osoby, dla których aspekt finansowy jest dominujący, nie powinny wiązać się z nauką. Można oczywiście dorabiać do pensji, ale wtedy zostaje mniej czasu na pracę naukową – wybór jest więc trudny. Ja zdecydowałem się na pracę bez „wspomagania”, ale wiąże się to z pewnymi wyrzeczeniami – nie myślę na przykład jeszcze w ogóle o założeniu rodziny.
Katarzyna Lasota jest doktorantką w Instytucie Maxa Plancka w Monachium.
Zajmuję się prawnymi aspektami ochrony konsumenta w Internecie. Interesuje mnie kwestia praw klienta, który chciałby zwrócić wadliwy towar zakupiony w wirtualnym świecie, badam możliwości „obrony” przed reklamami przesyłanymi mailami.
Do Niemiec trafiłam na stypendium. Po IV roku prawa na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu wyjechałam na rok do Bambergu studiować ekonomię i europejskie stosunki gospodarcze. W tym samym czasie obroniłam pracę magisterską w Polsce. Potem było stypendium Fundacji Adenauera i europejskie prawo gospodarcze w Wuerzburgu. Teraz doktorat w Monachium.
Takich warunków pracy, jakie mam w instytucie Plancka, nie ma nigdzie w Polsce. Dzięki temu codziennie mogę efektywnie pracować, codziennie zbliżam się do ukończenia doktoratu. Chciałabym, aby został uznany również przez mój rodzimy, poznański uniwersytet. A potem – habilitacja, najlepiej w Monachium.
Jeszcze w czasie studiów w Poznaniu miałam okazję popracować trochę w różnych kancelariach. Byłam jak młody yuppie – praca od godziny do godziny, ciągle zabiegana, ciągle w niedoczasie. Nie odpowiadało mi to. Czułam się niespełniona i zdecydowałam się na rozwój naukowy. Możliwość zajmowania się niemal zupełnie nową tematyką, w obcym kraju – to było dla mnie prawdziwe wyzwanie.
Wielką zaletą pracy naukowej jest swoboda. Nikt nie stoi nade mną, nie rozlicza mnie codziennie. Z Monachium jest blisko w Alpy, do północnych Włoch. Samo miasto jest pełne atrakcji. Nie nudzę się więc, a czas wolny spędzam dosyć intensywnie. Jedyną wadą jest to, że moja rodzina i przyjaciele są daleko.
Wizja powrotu do Polski i praca jako adiunkt na uczelni lub w PAN-ie za groszową pensję już nawet nie przeraża, ale jest smutna. Jednak ze swojej drogi nie zejdę. Niezależnie, czy w Polsce, czy w Niemczech, habilitację chcę napisać i, niezależnie jak to górnolotnie zabrzmi, zwiążę się z nauką na stałe.
