Doktorat za 100 tysięcy?

2005-05-28

Pisanie doktoratu to coraz modniejsze, ale też coraz droższe zajęcie. Młodzi pracownicy nauki narzekają na wysokie koszty badań naukowych. Czasem w ciągu kilku lat wydać trzeba i 100 tysięcy złotych.

Stereotyp młodego naukowca, gnieżdżącego się z rodziną w kawalerce i dojeżdżającego autobusem na uczelnię nie jest do końca prawdziwy. Jeśli ktoś ma trochę szczęścia, a do tego zajmuje się naukami ekonomicznymi, raczej nie ma powodów do narzekania.

W najlepszej sytuacji są osoby zatrudnione w szkole wyższej na etacie asystenta. Mają zwykle od czterech do ośmiu lat na napisanie pracy doktorskiej. Są przy tym obicążeni zajęciami ze studentami, których liczba często kilkakrotnie przekracza ustawowe 210 godzin w roku, a także bieżącymi pracami katedry.

W odróżnieniu od studentów studiów doktoranckich otrzymują regularnie pensję, a wydatki na badania i wyjazdy na konferencje naukowe pokrywa uczelnia. Gdy jednak nie uda im się zdążyć w terminie obronić rozprawy doktorskiej, są bez wahania zwalniani z pracy.

Gorzej mają studenci studiów doktoranckich. Nie dość, że zwykle nie mogą pracować na pełny etat poza uczelnią, to jeszcze płacą za studia i ponoszą koszty badań naukowych.

Stypendium lub... opłaty

Całkowity koszt czteroletnich studiów doktoranckich w trybie zaocznym, prowadzonych przez Akademię Ekonomiczną w Katowicach, to 26 tys. złotych. Do tego należy doliczyć wyjazdy na konferencje naukowe, niezbędne do uzyskania wymaganej liczby publikacji, wydatki na prowadzenie badań, książki i czasopisma naukowe.

Choć uprawianie nauk z zakresu ekonomii i zarządzania jest względnie tanie – bardziej liczy się wiedza, pomysł na pracę doktorską i sposób zbierania danych – to w przypadku samodzielnego finansowania całej pracy liczyć się trzeba z wydatkiem rzędu 50 tysięcy złotych.

Równie kosztowne jest realizowane naukowych ambicji przez humanistów. Zaoczne studia doktoranckie na Uniwersytecie Wrocławskim to wydatek 3000 zł za semestr. Do tego należy doliczyć opłatę za przeprowadzenie przewodu doktorskiego – w zależności od wydziału od 5 do 12 tys. zł – i pozostałe koszty prac nad doktoratem.

W przypadku Uniwersytetu Śląskiego za możliwość zostania doktorem muszą płacić nawet pracownicy tej uczelni. Jeśli nie dostaną się na bezpłatne studia dzienne, studiują w systemie zaocznym, co w tym przypadku oznacza – płatnym. Ich zajęcia niczym nie różnią się od zajęć studentów dziennych, nawet miejsce i dzień tygodnia jest ten sam.

Jednak prawdziwe wyzwanie stanowią drogie nauki, takie jak medycyna.

– Wszystko pięknie wygląda do czasu rozpoczęcia studiów. Potem uczelnia w ogóle nie dba o to, jak wygląda prowadzenie projektu badawczego – uważa Krzysiek, student dziennych studiów doktoranckich w jednej z akademii medycznych. – Pieniądze na badania musi zdobyć sam student, bo uczelnia nie przewiduje osobnej puli dla doktorantów. Jedyna droga finansowania to prace statutowe katedr (zablokowane na niektórych uczelniach z powodu kłopotów finansowych) lub granty centralne.

Medycy najdrożej

Granty centralne (np. z Komitetu Badań Naukowych) zwykle wystarczają na dokończenie doktoratu, by go jednak rozpocząć, dobrze jest zrobić badanie wstępne.

– Sama specyfika prac medycznych narzuca często współpracę z patomorfologami, immunologami, genetykami – dodaje Krzysiek. – Wszyscy są otwarci na współpracę, wiążącą się z potencjalnymi publikacjami, ale jest jeden warunek: to doktorant musi pokryć koszty.

A koszty w tej dziedzinie nauki są gigantyczne i przekraczają w przypadku takich projektów 100 tys. zł. Najdroższe są sprowadzane z USA odczynniki, farmaceutyki, probówki, strzykawki, karma dla szczurów itp. Jednak tych pieniędzy nie ma i długo nie będzie w budżecie uczelni medycznych.

Inaczej wygląda sytuacja np. w Niemczech, gdzie instytut ogłaszając nabór na studia doktoranckie proponuje kandydatom projekty badawcze, które startują w danym roku. O udział w tych projektach, a nie o miejsce na liście studentów, ubiegają się zainteresowani kandydaci.

Życie żaka

Jak żyją młodzi pracownicy nauki? Obrotni asystenci uczelni ekonomicznych budują domy, a doktoranci medycyny liczą każdy grosz. W najlepszej sytuacji są pracownicy naukowi zatrudnieni na etacie. Ich pensja w zależności od uczelni kształtuje się na poziomie 1600-2200 zł brutto. Do tego należy doliczyć trzynastą pensję i wczasy pod gruszą.

Ekonomiści mają największe szanse na dobry zarobek, ponieważ mogą pracować na umowę zlecenie w szkołach prywatnych lub innych przedsiębiorstwach. Pracownicy uczelni technicznych wykonują ekspertyzy i projekty dla firm produkcyjnych.

Gorzej wiedzie się humanistom. Angliści dorabiają lekcjami w szkołach językowych, a historycy przygotowywaniem uczniów do matury.

Na dole listy płac znajdują się doktoranci. Dla przykładu, każdy student studiów dziennych Śląskiej Akademii Medycznej ma prawo do stypendium wynoszącego odpowiednio na I roku - 80% pensji asystenta (ok. 960 zł), na kolejnych 90% (ok. 1100 zł). Kwota ta jest nieopodatkowana.

Pobierając stypendium nie można jednak pracować dodatkowo na więcej niż 1/2 etatu. Mniej, bo 800 zł pobierają nieliczni doktoranci studiujący w trybie dziennym w Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Na uniwersytetach stypendia są jeszcze niższe – tylko rzędu 600-700 zł. Wszędzie jednak obowiązują ograniczenia w wykonywaniu dodatkowej pracy.

Doktoranci ze względu na najniższe wynagrodzenia żyją najczęściej tak, jak żyli podczas studiów, czyli mieszkają albo u rodziców albo w akademikach studenckich (hotele asystenckie odpadają, kosztują miesięcznie 600-700 zł).

Jeśli nie dorabiają do pensji, starcza tylko na bieżące potrzeby. Liczą, że koszty i poświęcenie na początku drogi zawodowej zwróci się w przyszłości. Tylko nikt nie wie dokładnie, kiedy to będzie...